Praktyka studencka w USA, Oklahoma

Praktyka w USA, na Uniwersytecie w Tulsie. Blog opisuje pracę i naukę w stanach. Oraz życie w Ameryce. Polecam szczególnie fragmenty poœwięcone surfingowi w Kaliforni.

Roadtrip USA

Już Road trip, oczywiście na początku problemy z wypożyczeniem samochodu, bo jak się okazuje, moje karty płatnicze, albo u nich nie działają, albo właśnie skończyła się ich data ważności. Wyruszyliśmy w drogę, wpierw Las Vegas. Jest ogromne, ale to kraina kiczu, wszystko jest naprawdę kiczowate, tylko Amerykanie mogli cos takiego wymyślić. Kasia, ta która pracowała ze mną na uniwersytecie, mówiła, że Ameryka jest krajem kiczu, dopiero teraz zrozumiałem o co z tym chodzi. Dwa ostatnie dni przed wyjazdem spędziliśmy w jacuzzi (to jest strasznie wyczerpujące), więc nie było czasu by czytać przewodnik, dlatego też do wyjazdu byliśmy na tyle przygotowani, na ile ja jeszcze w Tulsie poczytałem w necie. O Las Vegas nie czytałem, bo uznałem, że tam są po prostu kasyna i hotele, które trzeba zaobaczyć (i tu się zgadza), a hotele są bardzo tanie, bo tak mi powiedział Sławek (ten drugi Polak co pracował na Uni). Mówił, że oni płacili 50$ za noc dla 4 osób w jakimś mało znanym hotelu, a jakiś jego znajomy w Hiltonie zaplacił 50$ za dwójkę. Trochę się zdziwiliśmy, gdy w Luxorze powiedzili nam 180$ za noc i zaczęliśmy czytać przewodnik, gdzie było napisane: „Jeśli nie chce się wydać za dużo na nocleg, to lepiej zarezerwować sobie coś przed wyjazdem, w szczególności jeśli planuje się przyjechać w piątek lub sobotę, bo wtedy ceny są o kilkadziesiąt dolarów większe.” Oczywiście my byliśmy tam sobotę i skończyło się na tym, że po obejściu kasyn na pełnym zmęczeniu pojechaliśmy dalej i spaliśmy gdzieś na dziko na trasie na środku pustyni.

Następnego dnia zobaczyliśmy Grand Canion, był naprawdę duży, ale światło słabe więc nie zrobił jakiegoś ogromnego wrażenia. Tempo wyjazdu zrobiło się ogromne, na trasie do Death Valley i po drodze się zatrzymaliśmy znowu w Vegas, teraz był poniedziałek, więc pokoje nie były drogie.

Death Valley było pierwszym miejscem, które mi się podobało. Jest to najgorętsze miejsce na ziemi, bez klimatyzacji nie dalibyśmy rady, musieliśmy robić przerwy bo silnik się gotował. W takich sytuacjach przypomina mi się rozmowa raz przy herbacie z współpracownikami z RHe, kiedy to debatowaliśmy nad parametrami jednego czujnika, który był montowany do BMW, chodziło konkretnie o jego wytrzymałość temperaturową. Było wiadomo, że dużo ilość tych samochodów jest sprzedawana na bliski wschód, bo oni mają pieniądze na takie zabawki. Na bliskim wschodzie jest gorąco, więc czujnik mógł być wystawiony na większe temperatury i jak to na koniec jeden z uczestników dyskusji skomentował (to był taki, mówic łagodnie dziwny człowiek), że jak będzie tym autem jeździła jakaś spokojna kobieta, na krótkie dystanse i zostawiała go w klimatyzowanym lub podziemnym garażu, to będzie ok, ale przy dłuższych trasach na pustynie nie ma szans. Nam się udało, mimo, że jechaliśmy amerykańskim samochodem. Dolina Śmierci rewelacja, piękne skały, pustynie, krajobraz zachwyca.

Następnym punktem podróży były Park Sekwoi. Bardzo ładnie, dużo zieleni, sosenki sobie rosły, raz na jakiś czas jakieś większe drzewko, przy którym każdy chciał mieć zdjęcie, Pomian w szczególności, robił więcej zdjęć niż japoński turysta, nawet więcej niż dwóch japońskich turystów, właściwie to przy Rafale nie można powiedzieć, że japońscy turyści robią dużo zdjęć. W gruncie rzeczy do tego parku pojechaliśmy by zrobić sobie zdjęcie z jednym drzewem, które się przewróciło i wycięto w nim bramę, przez którą może przejechać samochód, myślę, że wyjdzie ładnie.

Odległości w brew pozorom były ogromne, jadąc nawet do jakiejś miejscowości oddalonej na mapie o kilka centymetrów musimy zagospodarować pół dnia. Podobnie było z Parkiem Yosomite, do którego jechaliśmy z sekwoi. Wiedzieliśy, że Yosomite jest świetne i chcąc być tam wcześniej, by przeznaczyć cały dzień i jeszcze część następnego na park, wstaliśmy o 6 rano, co pozwoliło nam dojechać na miejsce dopiero około 14. Park bardzo ładny, duże wodospady, piękna dzika natura, gorąco polecam pojechać tam na troszeczkę dłużej i pomieszkać na dziko gdzieś w głębi parku, można naprawdę odpocząć i poczuć naturę. My oczywiście robiliśmy wszystko w pośpiechu, więc na odpoczynek była może godzina.

Następnym i za razem ostatnim punktem naszej wycieczki było San Francisco, potem był jeszcze przejazd drogą nr 1, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża, ale tego nie można nazwać punktem, prędzej linią. W tym miejscu dostaliśmy koleją lekcję, że należy czytać przewodniki i im ufać oraz, że jak się chce dobrze wyspać to złota zasada „coco jumbo i do przodu nie zawsze się sprawdza”. Przewodnik mówił, że miejsce w hostelach trzeba rezerwować najlepiej na 3 miesiące przed przyjazdem, a chyba w szczególności, jeżeli przyjeżdża się w weekend. Po obejściu 9 hosteli i innych tańszych hoteli, kiedy na naszej liście, na której sukcesywnie skreślaliśmy kolejne adresy, został ostatni do którego mieliśmy isć, myśleliśmy o kolejnej nocy w samochodzie poza miastem, która nas czeka, kiedy to w ostatnim Hostelu, okazało się, że jest jedno wolne miejsce i pani zgodziła się zakwaterować drugą osobę na materacu na ziemi. Sam nie wiem jak to się mogło stać, jak to było możliwe, ale udało się. Dwie noce w hostelu pozwoliły nam trochę odpocząć i nabrać sił na zwiedzanie i powrót. San Francisco jest rewelacyjnym miastem. Dużo się tam dzieje, są ludzie na ulicach, jest komunikacja miejska, nie jest duże, jest zatoka na której ludzie pływają na Kite i Windsurfingu oraz plaże z falami na surfing. Żeby taki był Surfing w Polsce.Tam można żyć. Z tych miejsc w USA, które widziałem to uważam za najlepsze do zamieszkania na chwilę dłużej.

Teraz już z powrotem w San Diego, mieszkam u takich Polek i jednej Rumunki w La Jolla (dzielnica), blisko jest do plaży, rowerkiem z 20 min, piechotą godzina. Kupiłem sobie deskę do surfingu 6’10’’ jest dobra, pływa się na niej fajnie, jest troszkę większa od mojej i przez to jest na niej trochę łatwiej. Mam też piankę, choć ludzie pływają tu często bez, gdyż woda jest ciepła. Wczoraj byłem pierwszy raz na surfingu razem z jednym ziomem (walijczyk) co mieszka w tych samych apartamentach co my, w tym samym campusie. Taki Surfing w Polsce by się nam przydał. On miał longboarda 8’6’’, przepłynąłem się na tym i muszę powiedzieć, że rewelacja. Deska jest jak stół, wstaje się na czymś takim bez problemu, jak się łapie fale to nie trzeba strasznie mocno wiosłować, bo deska prawie, ze sama przyśpiesza. Wrażenia bardzo pozytywne, polecam każdemu by spróbował, jest to w szczególności miłe w momencie kiedy ja przesiadałem się z short boarda. Kończę bo na siedząc sobie na tarasie poczułem, że zaczyna deszczyk kropić, pierwszy raz widzę tu deszcz, ale to dobrze, będzie trochę odpoczynku od słońca.