Praktyka studencka w USA, Oklahoma

Praktyka w USA, na Uniwersytecie w Tulsie. Blog opisuje pracę i naukę w stanach. Oraz życie w Ameryce. Polecam szczególnie fragmenty poœwięcone surfingowi w Kaliforni.

W tym nudnym miscie potrafi się czasem coś wydarzyć

Jak to zwykle okole godziny 20 w środku tygodnia, a był to czwartek, tylko, że trochę inny, bo po nim następowało święto 4 lipca, siedziałem przed komputerem, przeklikałem już facebooka, bo nasza klasa o tej porze zwykle nie działa bo to jest środek nocy w Polsce i oni wykorzystują ten czas na wdrożenia i nie wiedząc co dalej robić patrzyłem się w sufit oraz oglądałem ściany. Myślałem, że może napiszę jakiś list tak z nadmiaru czasu wolnego, a przyznam, że mi się nie chciało, więc myślę dalej, czy jestem w stanie zrobić coś bardziej kreatywnego i wymyśliłem, że tak jak czasem wieczorem zrobie sobie rundkę na rowerze po kampusie, może coś się gdzieś będzie działo. Zwykle trwa to 15 min po czym wracam do domu i idę spać, tak też zrobiłem, objechałem apartamenty, bractwa i widziałem raptem 3 osoby gdzieś na balkonie, czyli nic i jadę z powrotem do akademika kontynuować patrzenie się w sufit. Tuż bod budynkiem spotykam mojego zioma z laboratorium Jackob’a. Tym razem ja byłem szybszy i zadałem pytanie How you doin’? I szybko ustaliliśmy, że ja się tak kręce na rowerze, żeby zobaczyć czy coś się gdzieś dzieje i on wyszedł się przejść w nadziei, że coś się wydarzy. Chwila nie minęła i zza tego samego rogu zza którego wyszedł Jackob wychodzi Daniel z jakąś dziewczyną. Daniel też na co dzień zajmuje się nanotechnologią tylko, że pod względem chemicznym i razem z nim była dziewczyna o kocim imieniu Cat. Porozmawialiśmy chwilę o życiu i Jackob rzucił, że jak już tak stoimy i sobie rozmawiamy to może zrzucimy się po 5$ i pójdziemy do na stacje benzynową zobaczyć jak da się najlepiej te pieniądze wykorzystać. Jak powiedzieliśmy tak zrobiliśmy. Okazało się, że najlepszym rozwiązaniem jest tanie piwo meksykańskie. I się zaczęło. Trzeba było pójść do mieszkania Cat, bo ona nie miała przy sobie pieniędzy i dokumentów, tam się okazało, że ona ma Tequile w lodówce i Jegermeistra. Zaraz dołączyli do nas James, który bardzo zabawnei potrafił mówić po angielsku z rosyjskim akcentem, tzn. mu się zdawało, że mówi z rosyjskim, mówił nie wiadomo z jakim, ale było zabawnie oraz jedna dziewczyna, której imienia nie pamiętam, ale była bardzo ciekawą postacią. Uważała się za Irlandkę (miała rude włosy), gdyż jej pra-pra lub pra-pra-pradziadek pochodził z Irlandii i jeszcze ktoś od strony matki był kiedyś w Szkocji, ona sam niegdy w Irlandii nie była, mówi oczywiście po amerykańsku, ale na pytanie o przynależność narodową to mówi, z ogromną pewnością siebie mówi, że czuje się bardziej Irlandką niż amerykanką. Zabawa była przednia, zaczęło się od skakania przez jakieś płoty ukrywając się przed Ochroną Kampusu, bo przecież nieletni nie mogą spożywać alkoholu, potem wejście na dziwną impreze otatułowanych 17-nastolatków w apartamentach dla studentów (to już było bardzo dziwne, gdyż apartamenty są dla starszych studentów, a już bynajmniej dla ludzi ze szkoły średniej), kończąc na grze w beer-ponga w jakimś bractwie. Gra w beer-ponga jest naprawdę fajna, każda z drużyn, my graliśmy po dwóch ustawia 10 kubków w kształt trójkąta na stole, przy krawędzi i rzuca się piłeczką pingpongową i jak się trafi to przeciwnicy muszą to wypić, odrzucają piłeczkę i wtedy można łapać, ale tylko kiedy on jeszcze pije, dlatego on musi pić szybko i jakieś tam dziwne zasady w między czasie, a wygrywa ten, który jako pierwszy wyeliminuje 10 kubków, bo po trafieniu do kubka, kubek ten jest on odstawiany.

Ciekawa była jeszcze jedna dyskusja z jakimś otatułowanym i okolczykowanym kolesiem na tej imprezie małolatów. Byłem tam ja, Jackob i ten dziwny koleś, po krótkiej rozmowie o niczym ważnym, on mnie się pyta skąd jestem, bo przecież tak dziwnie mówię, ja odpowiadam, że z Polski. Przytaknął. Potem pyta się Jackoba, on mówi, że on jest stąd i podaje nazwę jakiegoś małego miasteczka w okolicy w którym mieszka, koleś jednak upierał się, że ten nie mówi prawdy, że Jackob ma dziwny akcent i on na pewno nie jest stąd (faktem jest, że Jackob urodził się w Virgini, ale wyjechał stamtąd, kiedy miał 7 lat). Ja się przysłuchiwałem nic nie mówiłem, potem na koniec dorzuciłem jeszcze dwa słowa i koleś to podsumował, że ja też kłamię, że ja nie jestem z Polski, nie jestem z Europy i w ogóle to nabijam się z niego i pewnie jestem gdzieś stąd tylko tak symuluje obcy akcent. No ok, nie będziemy się kłócić, koleś chyba był jakimś silnie związanym z tym miejscem lokalesem, więc niech będzie, że to on ma racje.

Następnego dnia był 4 Lipca, ich święto nie podległości. Mój człowiek z IAESTE Matt, mówił, że ludzi z kościoła katolickiego (nie wiem jak ich nazwać, ale to jest chyba coś na wzór duszpasterstwa akademickiego, młodzi ludzie związani z tą parafią) robią grilla i że mogę wpaść. Wiele słyszałem dobrego o imprezach duszpasterstwa, wiec poszedłem, trochę się obawiałem, bo w końcu nikt mnie nie zapraszał, nie wiedziałem jak to będzie, ja ich nie znam, ale w końcu Matt mówił, ze mogę przyjść, więc idę, zobaczymy co się wydarzy. Poszedłem. Okazało się bardzo fajnie, jakieś 10 osób, część znałem z widzenia, część nawet z imienia, ale mimo to stałem tak bezradny chwile na środku. Nie trwało to jednak długo, bo zaraz się pojawiła jedna osoba z drugą i mówią, część jestem Cristina, jestem Kate, miło, że wpadłeś, to ty jesteś tym studentem z Polski? Tak to byłem ja i naprawdę było przyjemnie ludzie bardzo mili zawsze zamienią dwa słowa. Mięsko na grillu już doszło, kiłbaski też, bułeczki do hamburgerów i hot-dogów były przygotowane, to tego jakieś warzywka, wszystko elegancko, jeszcze tylko wspólna modlitwa przed jedzeniem w celu podziękowania za to co tu jest i zaczynamy. Wszystko bardzo ładnie i bardzo pięknie, tylko...eee, to był piątek. Niby wszystko ładnie, ale jak na spotkanie duszpasterstwa jedzenie mięsa w piątek, chyba nie pasuje? Nie wiem. Wyglądało, apetycznie, wiec nie pytałem, założyłem, że oni wiedzą co robią.

Po grillu, poszliśmy na basen, taki fajny, że była siatka i można było grać w siatkówkę w wodzie. Najpierw zaczęliśmy grać w składzie męskim na żeński. Mecz był bardzo wyrównany, ale w końcu wygraliśmy. Musze przyznać, ze one cieszyły się bardzo, że im ta dobrze idzie i że prawie wygrały. Po meczu, oczywiście okazja do rewanżu, tu następuje zamiana stron i jakże wielkie zdziwienie było tych dziewczyn, kiedy weszły na głęboką część basenu i w jednej chwili, bardzo szybko sobie uświadomiły, że tu jest troszeczkę ciężej się poruszać. Ten rewanż już nie był tak wyrównany. Amerykańskie słoneczko mnie trochę chwyciło. Dzień zaliczam do udanych, oby więcej takich. U mnie jest 20:30, kończę, przejadę się po kampusie, zobaczę czy coś się nie dzieje przypadkiem.