Praktyka studencka w USA, Oklahoma

Praktyka w USA, na Uniwersytecie w Tulsie. Blog opisuje pracę i naukę w stanach. Oraz życie w Ameryce. Polecam szczególnie fragmenty poœwięcone surfingowi w Kaliforni.

Szedłem spać trzeźwy a wstałem pijany

Dziś w pracy przechadzam się po korytarzu między jednym a drugim laboratorium w którym pracuję i mijam po drodze jednego z fizyków, który też tu pracuje, on zajmuję się akurat plazmą, czyli mamy o czym pogadać. Kolesia nie znam wcale, zwykle mówimy sobie tylko cześć i tylko raz zamieniłem z nim dwa słowa tak na korytarzu. Zatrzymuje mnie i mówi, że właściwie nie wiem czemu mi nikt o tym nie powiedział, ale oni tutaj zwykle w czwartek po pracy idą na piwo do takiego jednego baru Ragtime i pyta się czy nie chciałbym się dołączyć do ekipy. Oczywiście zgodziłem się, myślę sobie, że prędko nie będzie okazji, żeby napić się piwa z tyloma naukowcami na raz. On zaznaczył, że dr Hari – mój opiekun, zwykle z nimi nie chodzi, więc pewnie dlatego też mi nie powiedział. Mój opiekun jest Hindusem, więc możliwe, że mu nie w głowie chodzenie po knajpach. Nie wiem za kogo mnie oni wzięli, bo ja w sumie tam jestem bardziej na zasadach studenta niż jakiegoś naukowca, ale nie wiem może przypadkiem wyglądam poważniej. Jak już dzień pracy się skończył i byliśmy w drodze do baru jeden powiedział, że dopiero jak skończę swoje PhD to się zacznie prawdziwa nauka, ja tam zaznaczyłem, że ja dopiero mgr robię, ale żeby zbytnio nie odstawiać od grupy i nie być zaliczonym do jednego z przedszkolaków, którzy pracują na uniwersytecie, to zaznaczyłem, że właściwie to już kończę swoje studia, no właściwie tylko pracę napisać J. Jechał z nami też jeden Chińczyk, który okazał się Japończykiem, on pracuje w laboratorium naprzeciwko mnie, więc właściwie widywaliśmy się cały czas. Myślałem, że już po treningach z Keiko całkiem dobrze rozróżniam azjatów, a Japończycy do tego są najbardziej charakterystyczni. Zaczęli opowiadać, że oni właściwie to są bardzo towarzyscy i sami nie wiedzą jak to się stało, że mnie wcześniej nie wzięli, że to pewnie przez to, że są fizykami i cały czas żyją nauką. Ja im tego za złe nie miałem, wręcz było to dla mnie zaskoczeniem, że mnie wzięli. Ten koleś w pewnym momencie powiedział, że Polska to jest jednym z dwóch krajów w Europie, w którym nie był. Tego drugiego nie pamiętam, ale to nie jest istotne. Temat mnie zaciekawił, bo jednak tych krajów trochę w Europie jest, więc zaczynam się dopytywać, czy we wszystkich wszystkich? On mówi, że tak. Więc pytam dalej czy we wszystkich, wszysktich,wszystkich, takich małych też? On się upiera, że tak. Ciągnę temat dalej, czy we wszystkich krajach byłego ZSRR? Mówi, że w Rosji był. Ja tłumaczę, że mam na myśli taką Ukrainę, Białoruś, Litwę, Łotwę i Estonie. On mówi, że w Finlandii też był. Rzeczywiście prawdziwy fizyk. Tłumaczę jeszcze raz o co mi chodzi i w tym momencie dowiadujemy się, że Litwy, Łotwy i Estonii to właściwie do Europy się nie zalicza, a Ukrainę i Białoruś to można pod Rosję podciągnąć. Nie wiem czy on to z Gruzją i Azerbejdżanem pomylił, bo z tymi krajami to jeszcze można mieć problemy, bo fakt leżą na granicy, ale na ten temat już nie wchodziłem, bo nie jest on łatwy ze względu na to, że Gruzja, czyli Gorgia z angielskiego jest też w USA, więc istniało ryzyko, że tu byśmy się nie dogadali.

W barze Ragtime był już szef naszego wydziału i jeszcze jeden koleś. Jak się okazało szef jest z Nowej Zelandii. Porozmawiałem chwilę z Japończykiem, on robił doktorat w Niemczech, potem jeszcze jakieś studia w Danii, w Meksyku i potem pojechał do USA. Ciekawe doświadczenia, ale ileż można się tak tułać. Mówił, że powrotu do Japonii, nie może sobie wyobrazić. Z szefem zbytnio bajery nie podklepałem, szkoda, bo to z kadrą kierowniczą lepiej mieć dobre kontakty.

W zeszły weekend graliśmy w grę, która nazywa się „Laser jet”, albo jakoś podobnie. Kolega przyniósł takie karabiny, które strzelały jakąś falą elektromagnetyczną i mieliśmy generalnie biegać po kampusie i bawić się w strzlenago. Problem był trochę na początku, kiedy ustalaliśmy zasady, bo były jakieś reguły typu, że można strzelać z odległości np. 30 stóp, a jak jest bliżej to już nie można itp. Tylko pojawia się pytanie ile to właściwie jest jedna stopa. Tu koledzy od razy przyszli z pomocą, każdy miał na to swój sposób. Jedna osoba powiedziała, ze 12 stóp to będzie jakieś 7m. Ktoś inny wyszedł z przykładem, że jak biega się na 40 jardów to to jest jakieś 354m (oczywiście dane są wzięte z powietrza nie pamiętam dokładnie jakie liczby podawali, ale jakieś tego pokroju) a jedn jard to ileś tam stóp. Po prostu genialne przeliczniki wymyślili, już brałem kartkę papieru i ołówek, żeby to przeliczać, kiedy postanowiłem zapytać jeszcze jednego kolegę Googla, on podał najprostsze rozwiązanie. Z tego, że oni używają, tego systemu miar płynie kilka korzyści, półlitrowa butelka coli jest trochę większa, łóżka są trochę dłuższe niż te w Europie. Gra w strzelanego była troszkę podrasowana alkoholem, dopiero pod koniec jak przegraliśmy to zrozumiałem, o co chodzi. Trzeba było wypić alkohol, który miała drużyna przeciwna schowana w swojej bazie, czyli to strzelanie schodziło na drugi plan. W sumie to może nie głupie, bo tym strzelaniem to nikt się nie przejmował, ja do kogoś strzelam, tam lampka miga, że trafiłem, a ona biegnie dalej. Karabiny miały jeszcze jedną funkcje, otóż rakietę, taką ze styropianu lub gąbki, którą się strzelało na zasadzie sprężonego powietrza. Ładowało się rakietę, potem pompowało za pomocą ukrytej w karabinie pompki i strzelało, dawało to dużo więcej przyjemności bo naprawdę się kogoś trafiło, a nie strzela się i jak zapali się jakaś lampka, której nikt nie widzi to się trafiło. Problem polegał tylko na tym, że graliśmy w 4 osoby a rakiety były 3, więc największa walka, już wręcz była o tą wystrzeloną rakietę, więc znowu strzelanie schodziło na drugi plan.